Rytmiczne uderzenia jej siekiery rozbijającej drewno na opał były jedyną perkusją w ogromnej, cichej orkiestrze dziczy.
Jej ojciec, Orin Abernathy, nauczył ją, jak tu przetrwać, zanim 15 lat wcześniej zabrała go i jej matkę gorączka. Nauczył ją czytać teren, śledzić zwierzynę, strzelać prosto, a co najważniejsze, nie polegać na nikim.
Jej gospodarstwo było położone w małej, obronnej dolinie, obdarzonej najrzadszym darem na tym suchym terenie, wiosną przez cały rok. Woda była jej siłą napędową, wyciągając z ziemi uparty warzywny ogród i podlewając jej dwa muły oraz garść kur.
Chata była mała, ale solidna, zbudowana z grubych pni sosnowych, przeciętych błotem i kamieniem, z jedynym oknem wychodzącym na wschód, by łapać poranne światło, a ciężkie drzwi nocą były zakratowane grubą belką z żelaznego drewna. To było mniej dom, a bardziej skorupa, miejsce funkcjonowania, nie komfortu.
Duchy jej rodziców były teraz słabe, wytarte przez lata cichych dni i samotnych nocy.
Cora skończyła rozłupać ostatni kłod i starannie ułożyła go przy ścianie chaty. Ocierając pot z czoła grzbietem zrogowaciałej dłoni, zatrzymała zmysły na najwyższym poziomie.
Coś było inaczej.
Zwykły szmer wróbli w topole przy źródle ustał. Samo powietrze zdawało się wstrzymać oddech. Jej ręka instynktownie sięgnęła po rozjemcę kultu, który był zakuty na biodrze, a jego zużyty uścisk był znajomym komfortem. Przeskanowała grzbiet tworzący zachodnią ścianę doliny, jej oczy niczego nie przeoczyły.
Przez dłuższą chwilę z kamieni unosił się tylko połysk ciepła. Wtedy się pojawiły.
Nie przyjechali z okrzykami czy okrzykami. Materializowali się z krajobrazu, jakby zrodzili się z samego ciepła i kurzu. Siedem postaci na potężnych malowanych kucykach wznoszących grzbiet w jednej potężnej linii.
Byli to ogromni mężczyźni, szerzsi i wyżsi niż ktokolwiek, kogo kiedykolwiek widziała podczas swoich rzadkich wypraw do najbliższej osady Redemption Gulch. Byli to Chirikawa Apacze, ich długie czarne włosy spięte prostymi opasami, klatki piersiowe nagie i lśniące od potu, nogi ubrane w legginsy ze skóry jelenia.
Each man carried a rifle across his lap and a bow slung over his shoulder, but it was their presence, their sheer overwhelming stillness that sent a spike of pure adrenaline through Kora’s veins.
She didn’t run. Her father had taught her that panic was a luxury you couldn’t afford in the wild. She stood her ground, her feet planted firmly in the dirt she called her own, her hand resting on the butt of her cult, her heart hammered against her ribs a wild drum beatat against the sudden profound silence.
She watched as they guided their horses down the rocky slope with an effortless grace that belied their size, their ponies hooves, making almost no sound on the hard packed earth. They stopped about 50 yards from her cabin, a respectful distance.
The man in the center, who seemed to be their leader, dismounted. He was the largest of them all, with a face that looked as if it had been carved from the granite of the mountains themselves. High cheekbones, a strong, straight nose, and eyes as dark and intense as obsidian. A single eagle feather was tied in his hair.
He handed the reigns of his horse to the man beside him and began to walk toward her, his steps deliberate and unhurried. He was unarmed, his hands held open at his sides in a gesture of peace, but it did little to quell the storm raging inside Kora.
She drew her pistol.