Zrozumiała już, że zima ma swój własny dźwięk — cichy, niekończący się szept wiatru, który niesie się przez puste perony i złamane nadzieje.
— Proszę pani… przepraszam…
Emily powoli podniosła głowę.
Dwie małe twarze patrzyły na nią z nieskrywaną ciekawością.
Bliźniaczki, nie starsze niż pięć lat, ubrane w identyczne różowe kurtki z futrzanymi kapturami i wełniane czapki z pomponami. Ciemne loki wymykały się spod materiału, a na ich twarzach malowała się szczera troska.
— Dziewczynki, wracajcie tutaj — zawołał mężczyzna z dalszej części peronu.
Ale bliźniaczki ani drgnęły, przyglądając się Emily z dziecięcą szczerością.
— Śpi pani na dworze — stwierdziła jedna poważnie. — To nie jest dobre. Jest bardzo zimno.
— Ja… dam sobie radę — wyszeptała Emily. Jej głos był chropowaty od rzadkiego używania. Przez większość dni nie rozmawiała z nikim. Większość ludzi przechodziła obok, nawet na nią nie patrząc.
— Nie wygląda pani na kogoś, kto daje sobie radę — powiedziała druga. — Trzęsie się pani. I nie ma pani butów. Nam by zamarzły stopy bez butów.
— Lily, Emma, mówiłem, żebyście tu przyszły.
Mężczyzna był już bliżej.
Emily zobaczyła go wyraźnie.
Wysoki. Opanowany. W eleganckim, czarnym płaszczu. W ręku trzymał skórzaną teczkę. Na jego ciemnych włosach osiadł śnieg. Na twarzy malowało się lekkie zniecierpliwienie.

— Tylko rozmawiamy, tato — powiedziała jedna z dziewczynek, nie odrywając wzroku od Emily.
Podszedł do nich i natychmiast zaczął przepraszać.
— Bardzo przepraszam. Wymknęły mi się. Dziewczynki, nie możecie tak po prostu podchodzić do—
Urwał w pół zdania.
Jego spojrzenie spotkało się ze wzrokiem Emily.
Rozpoznał ją.
— Emily? — wyszeptał.
Ścisnęło ją w żołądku.
Daniel Brooks.