Obiad urodzinowy trwał dalej, ale nastrój się zmienił — radość została rozbita przez to, co wydarzyło się na werandzie. Usiadłem obok dziadka, nie dlatego, że ktoś mi kazał, ale dlatego, że zawsze tam kończyłem. Nawet gdy byłem mały, byłem u jego boku, słuchałem jego opowieści, ucząc się praktycznych rzeczy—jak wymieniać olej, zarządzać pieniędzmi—rzeczy, których nikt inny mnie nie nauczył.
Po drugiej stronie stołu Lucy—moja młodsza siostra—odmawiała spojrzenia mi w oczy. Na jej twarzy nie było żadnego żalu. Po prostu irytacja.
Po deserze dziadek poprosił mnie, żebym pomogła mu do gabinetu.
W chwili, gdy drzwi zamknęły się za nami, usiadł w swoim zużytym skórzanym fotelu. W pomieszczeniu unosiły się znajome zapachy—tytoń i cedr—otoczone starymi książkami i oprawionymi fotografiami, z których niektóre już mnie nie zawierały.