Pierwszego dnia pojawiłem się w gumowych rękawiczkach sięgających łokci, maseczce ze sklepu budowlanego i workach na śmieci wielkości śpiworów.
Zacząłem od śmieci. Jedną torbę na raz, podnosząc je bez zaglądania do środka — bo wiedziałem, że jeśli spojrzę, to rzucę to. Zmiażdżyłam przemoczone pudełka pod stopami i upychałam je do worków. Zamiatałem pył gazet w stosy i wyrzucałem go łopatą. Cztery kursy. Pięć. Sześć. W końcu sąsiedzi zaczęli przynosić mi dodatkowe torby, gdy widzieli, że pracuję.
"Och, nowa dziewczyna w sklepie!" powiedział. "Potrzebujesz pomocy?"
“Yes,” I replied. “More bags.”
I washed dishes one by one under the weak trickle of a barely working faucet. Some were so far gone that I smashed them on the floor and threw them away in pieces. I wasn’t there to clean someone else’s mess—I was there to change the place.
The nest terrified me, I won’t lie. I called my neighbor Don Aurelio, who had been fixing things in the area for twenty years. He arrived with a long shovel and a serious expression.
“That’s a raccoon nest,” he said.
“Here? In the city?”
“Honey, raccoons live everywhere.”