Mama dała mi brudny sklep do sprzedaży; Gdy się rozkwitło, chciała przekazać go mojej siostrze.

Zadzwonił do mnie pewnego wtorkowego poranka, tak jak zawsze, gdy chciał coś zrobić.

"Kochanie, na Piątej Ulicy jest wolne miejsce," powiedział. "Jest brudny, opuszczony, ale jeśli chcesz, to twój."

Brudna nawet się nie zbliżała.

W chwili, gdy wszedłem do środka, prawie wyszedłem z powrotem. Śmieci piętrzyły się nie wiadomo jak długo—podarte worki, mokry karton, popękane talerze ułożone w niestabilne wieże. W jednym rogu leżała sterta pożółkłych gazet, które już wcale nie były papierem, tylko kruchym kurzem. Ściany były poplamione na nienaturalny kolor, coś, czego nikt nie powinien malować w pokoju. Wszystko pokrywała gruba, szara warstwa, jakby sam czas poddał się temu miejscu.

I karaluchy.
Ogromny. Niektóre tak długie jak mój kciuk. Nawet większy. Gdy włączyłem światło, rozbiegły się, jakbym był intruzem.

Pajęczyny zwisały z sufitu na podłogę niczym rozkładające się zasłony. W jednym rogu było gniazdo czegoś — czego dokładnie, nie chciałem wiedzieć. A zachód... nawet teraz trudno mi to opisać, nie czując się źle. Ciężki. Zgniłe. Jak śmieci, które się rozkładały, a potem znowu rozkładały.

Ale gdy stałem tam, chłonąc to wszystko, zobaczyłem to, czego nikt inny nie widział.

Widziałem potencjał.

I nigdy nie byłem osobą, która odchodzi od tego.