Uśmiechnął się — tym delikatnym uśmiechem, który marszczył kąciki jego oczu — i powiedział: "Miłość to nie tylko uczucie, Grace. To akcja. Coś, co wybierasz, by robić, raz za razem."
Wzruszyłam ramionami. "Ale to tylko kwiaty."
Pokręcił głową. "To nigdy nie są tylko kwiaty. To dowód, że jest kochana. Dowód, że się liczy. Dowód, że wybrałbym ją ponownie, za każdym razem."
Tak właśnie kochali—cicho, wiernie.
Nawet gdy dziadek źle się czuł, kwiaty i tak przychodziły. Niektóre soboty sam go woziłem. Stałby tam wiecznie, starannie wybierając odpowiedni bukiet, jakby decyzja miała większe znaczenie niż cokolwiek innego.
Babcia zawsze udawała zaskoczoną, choć znała ten układ na pamięć. Wdychała ich zapach, układała je idealnie, a potem całowała go w policzek.
"Rozpieszczasz mnie," mówiła.
Uśmiechał się. "Niemożliwe."
Tydzień temu zmarł dziadek Thomas.
Był chory od dawna, choć nigdy nie narzekał. Rak, mówili lekarze—cichy i rozprzestrzeniający się. Babcia trzymała go za rękę aż do końca. Siedziałam obok nich, obserwując mężczyznę, który nauczył mnie, czym jest miłość, jak odchodzi.
Gdy go nie było, cisza w tym pokoju wydawała się nie do zniesienia.
Dni po pogrzebie zlewały się w jedno. Zostałam z babcią, żeby pomóc mu przeszukiwać rzeczy — książki, ubrania, okulary do czytania, które zawsze zostawiał na stoliku nocnym.