Czytała na głos, jej głos się łamał.
Przepraszam, że nie powiedziałem ci wcześniej, kochanie. Jest coś, co ukrywałam przed tobą przez wiele lat — nie z powodu odległości, lecz z nadziei. Proszę udać się pod ten adres. Zasługujesz, by to zobaczyć.
Na dole był adres.
Strach wkradł się w jej oczy. "A co jeśli... a co jeśli byłby ktoś inny?" wyszeptała.
"Nie," powiedziałem szybko. "Dziadek nigdy by tego nie zrobił."
"Ale po co tak długo coś ukrywać?" zapytała, narastała panika.
Postanowiliśmy pójść razem.
Jazda była cicha, ciężka od niewypowiedzianego niepokoju. W połowie drogi babcia poprosiła mnie, żebym zawrócił.
"A co jeśli wszystko zepsuje?" wyszeptała. "A co jeśli te soboty wcale nie były o kwiatach?"
Nawet ja poczułem, jak wzbudza się wątpliwość. Przypomniałem sobie, jak dziadek przestał mnie prosić, żebym go zawiózł do kwiaciarni lata temu. Nie było go godzinami, w każdą sobotę.
A co jeśli kwiaty były przeprosinami?
Zatrzymałem się i spojrzałem na nią.
"Babciu, widziałam, jak cię kocha każdego dnia mojego życia. Cokolwiek to jest, to nie jest zdrada."
Skinęła głową, wycierając oczy.
Kiedy przyjechaliśmy, znaleźliśmy mały domek otoczony drzewami.
Kobieta otworzyła drzwi. "Musisz być Mollie," powiedziała cicho. "Jestem Ruby. Thomas poprosił mnie, żebym mu w czymś pomógł."
Głos babci drżał. "Czy ty...?"
Ruby natychmiast pokręciła głową. "Nie. Nic takiego. Proszę—chodź zobaczyć."
Poprowadziła nas przez dom i wyszła tylnymi drzwiami.
I oto było.
Ogród.