O północy mój szef przyszedł do mojego domu we łzach, całkowicie złamany—nieświadomy, że właśnie dostałem polecenie, by ją wyleczyć.

"Nie wiedziałem, dokąd indziej pójść..." wyszeptała. "Przepraszam."

Nikt nie spodziewa się, że prezes międzynarodowej firmy pojawi się u podwładnego po północy — przemoczona do suchej mocy, z makijażem rozmazanym po twarzy, ramionami owiniętymi wokół siebie, jakby miała się w każdej chwili rozpaść. A jednak właśnie tak Aurora Salgado Montes stała tamtej nocy na moim ganku.

Aurora nie była tylko moją przełożoną.
Była silą. Meksykańska prasa biznesowa nazywała ją Żelazną Królową — kobietą, której spojrzenie mogło uciszyć salę zarządu, a jej obecność zamieniała wrogie negocjacje w starannie zaplanowane zwycięstwa. Dyrektorzy się jej bali. Zawodnicy obserwowali każdy jej ruch niczym żeglarze obserwujący burzę nadciągającą na horyzoncie.

Ale kobieta pod migoczącym światłem werandy wcale nie przypominała legendy. Jej designerski płaszcz był ciężki od deszczu. Jej ręce drżały. Moc opuściła jej postawę, pozostawiając kogoś boleśnie ludzkiego.