Ale ciekawość nie dawała mi spokoju.
Podczas sprzątania zauważyłam jego podpis na dokumentach — „Ferraz”. Nagle przypomniałam sobie, jak moja mama przed śmiercią szeptała imię „Augusto”. Wtedy nie zwróciłam na to uwagi.
Nagle przez pomieszczenie przeszedł podmuch wiatru. Płótno na obrazie lekko się poruszyło.
Bez zastanowienia weszłam na drabinę i je odsłoniłam.
To, co zobaczyłam, sprawiło, że zamarłam.
Portret był zachwycający — ale nie to mnie poruszyło najbardziej. Najbardziej uderzyła mnie kobieta na nim.
Młoda, promienna, o oczach koloru miodu.
Moja matka.
— Mamo… — wyszeptałam.
Ta sama kobieta, która ciężko pracowała, by mnie wychować, która zmarła w publicznym szpitalu — teraz przedstawiona jak królowa w domu miliardera.
Zanim zdążyłam to pojąć, za moimi plecami rozległ się donośny głos:
— Co ty robisz?!
Augusto stał w drzwiach, wściekły — aż zobaczył obraz.
Jego gniew zniknął, zastąpiony czymś głębszym — bólem.
Spojrzał na portret… potem na mnie… jakby próbował zrozumieć coś niemożliwego.
— Ta kobieta… znasz ją? — zapytał.
Uniósłam głowę.
— To moja matka. Carolina Vega.
Kolor odpłynął z jego twarzy.
— Masz jej oczy — wyszeptał. — I… moje spojrzenie.
W tej chwili wszystko się zmieniło.

**CZĘŚĆ II: KREW I MILCZENIE**