Została zatrudniona do gotowania dla 6 dzieci — ale owdowiała kowboj i ranczer nigdy nie spodziewał się takiego zakończenia

 

"Jestem Bennett. Najstarsza."

Oczywiście, że tak. Widziała to po tym, jak stał między nią a domem niczym wartownik, z wyprostowanymi ramionami, strzegąc terytorium, które pewnie wydawało się wymykać mu z rąk.

"No cóż, Bennett, miło mi cię poznać. Czy twój ojciec tu jest?"

"W stodole. Pracuję."

To słowo miało ciężar, jakby nieobecność ojca była zarówno wyjaśnieniem, jak i wymówką.

"Rozumiem. A inne dzieci?"

Skinął głową w stronę domu.

"Wiedzą, że przychodzisz. Tata nam powiedział."

"Co dokładnie ci powiedział?"

Szczęka Bennetta przez chwilę się poruszała.

"Że bierzemy kucharza, bo go potrzebujemy. Że będziesz pilnować domu i swoich spraw. Że mamy cię szanować i trzymać się z daleka."

Każde słowo potwierdzało to, co Hattie podejrzewała z tego krótkiego listu. Wade Mercer był człowiekiem, który sprowadził życie do najprostszych funkcji. Zdjął ze mnie wszystko, co miękkie, bo miękkie rzeczy bolą, gdy je tracisz.

"Cóż," powiedziała cicho, "postaram się nie być w twoim miejscu. Czy mogę wejść do środka?"

Odsunął się na bok, choć jego wzrok nie spuszczał z jej twarzy.

Wnętrze uderzyło ją jak pięść w pierś — nie dlatego, że było okropne, ale dlatego, że tak bardzo starała się nie być.

Ktoś zamiatał podłogi. Ktoś ułożył naczynia na półkach z ostrożną precyzją. Ktoś złożył koce, ustawił buty przy drzwiach i wytrzeć duży drewniany stół dominujący w głównym pomieszczeniu.

Dom był czysty tak, jak rana jest czysta, gdy jest wyszorowana do krwi, by zapobiec infekcji.

Ale nie było ciepła.

Kominek był zimny. Okna były szczelnie zamknięte przed upałem, przez co powietrze stało się stęchłe i gęste. Ściany były puste, poza gwoździami, gdzie kiedyś musiały wisieć obrazy. Na wszystkim leżała