Ktoś lub coś zabijało ich w lesie. Zaczęli nazywać to klątwą gór. Niektórzy myśleli, że to atak niedźwiedzia. Inni twierdzili, że duch lub leśny duch mści się. Niektórzy podejrzewali, że to zbiegły niewolnik ukrywający się w górach. Ale ta teoria wydawała się mało prawdopodobna. Żaden zbiegły niewolnik nie przeżyłby miesięcy zimy w Georgii.
Nikt z nich nie rozumiał, z czym mają do czynienia. Nikt z nich nie zdawał sobie sprawy, że ściga ich 15-letni chłopak z procą, który już trzy razy zabił i dopiero zaczynał. Od stycznia do kwietnia 1852 roku, kolejne cztery zestrzelenia. Izajasz był metodyczny. Nigdy nie uderzył dwa razy w tym samym miejscu.
Zmieniał czas między zabójstwami, czasem czekał 3 tygodnie, czasem tylko jeden. Wybierał cele ostrożnie, zawsze łapacze niewolników działających samotnie lub w parach, zawsze zastawiając zasadzki tam, gdzie ich ciał nie można było od razu znaleźć. Każde zabójstwo było identyczne pod względem metody, kamień do głowy, zwykle w skroń lub czubek czaszki. Natychmiastowa śmierć, cicha, niewidzialna.
Umiejętności Isaiaha rozwinęły się do tego stopnia, że potrafił dokładnie przewidzieć, gdzie kamień uderzy na podstawie odległości, kąta i ruchu celu. Celował w świątynię, bo tam kość była najcieńsza. Kamień uderzający w skroń na wysokości 200 stóp nie tylko rozbił czaszkę. Wbijał fragmenty kości do mózgu, powodując natychmiastowe katastrofalne uszkodzenia.
Śmierć nastąpiła natychmiast. Bez cierpienia. Izajasz nie był sadystą. Był skuteczny. Ale każde zabójstwo ciążyło mu inaczej, niż się spodziewał. Myślał, że zemsta będzie satysfakcjonująca. Nie zadziałało. Za każdym razem, gdy patrzył, jak mężczyzna pada martwy z kamienia, Isaiah nie czuł nic. Bez radości, bez satysfakcji, bez poczucia spełnienia, tylko mechaniczne uznanie.
Cel padł. Przejdź do następnego. Stawał się dokładnie tym, czym system go uczynił — zabójcą, który nic nie czuł, bo odczuwanie czegokolwiek było niebezpieczne. Jedyną emocją, na którą sobie pozwolił, było wspomnienie twarzy ojca, gdy kula go trafiła. To wspomnienie napędzało wszystko.
To wspomnienie trzymało go przy życiu przez zimne noce, czekając na drzewach. To wspomnienie ustabilizowało jego dłoń, gdy cofnął procę. To wspomnienie było wszystkim, co mu zostało po Jacobie Riversie, a Isaiah chronił je jak święty płomień, który nigdy nie mógł zgasnąć. Do maja 1852 roku w hrabstwie Cherokee zginęło siedmiu łapaczów niewolników. Lokalny szeryf, przytłoczony i niezdolny do rozwiązania spraw morderstw, poprosił państwo o pomoc.
Georgia wysłała śledczych, doświadczonych mężczyzn z Atlanty, którzy mieli do czynienia z buntami niewolników i sprawami zbiegów. Badali ciała, przesłuchiwali świadków, systematycznie przeszukiwali lasy. Nic nie znaleźli. Brak śladów, bo Isaiah zawsze fotografował z skalistych miejsc, gdzie nie było śladów stóp, albo z drzew, które nie zostawiały śladów ziemi.
Nie porzucił żadnej broni, bo Izajasz zawsze nosił przy sobie procę, a same kamienie były nie do odróżnienia od tysięcy innych kamieni rzecznych rozsianych po lesie. Nie było świadków, bo Isaiah strzelał tylko wtedy, gdy był pewien, że jest sam z celem, gdy nie było w zasięgu wzroku ani słyszenia innych myśliwych ani podróżnych.
Śledczy uznali, że mają do czynienia z kimś wysoce wykwalifikowanym, prawdopodobnie zbiegłym niewolnikiem z doświadczeniem wojskowym lub łowieckim, kimś, kto systematycznie eliminował łapacze niewolników dla zemsty. Mieli częściowo rację. To była systematyczna eliminacja. To była zemsta, ale nie zbiegła niewolnica. Był to obecny niewolnik, który codziennie rano przychodził do pracy i nigdy nie opuszczał dnia.
Który wydawał się wzorem posłuszeństwa i uległości, którego nikt nie podejrzewał, bo miał 15 lat, ważył 110 funtów i wydawał się niezdolny do przemocy. Kamuflaż Isaiaha był idealny. Był niewidzialny, nie dlatego, że ukrywał się w lasach, ale dlatego, że ukrywał się na widoku jako ktoś niezauważony. Mały, nosiciel wody, chłopiec. Wystawiono nagrody.
200 dolarów za informacje prowadzące do zabójcy, 500 dolarów za schwytanie. Łapacze niewolników zaczęli podróżować w grupach po cztery lub pięć osób, ciężko uzbrojone, nieustannie obserwujące drzewa. Przeskanowali linie drzew. Zmieniały swoje korzenie. Poruszali się szybciej przez lasy, spędzając mniej czasu w jednym miejscu. Niektórzy odmawiali pracy w hrabstwie Cherokee, podejmując kontrakty w bezpieczniejszych hrabstwach, gdzie nie zdarzały się tajemnicze zgony.